A może jednak trochę wolniej?

Wpadłam w pułapkę. Chciałam więcej, chciałam szybciej, chciałam jak najlepiej, chciałam wszystko na raz. Mówiłam sobie, że tak przecież trzeba, że samo nic nie przyjdzie i przesuwałam odpoczynek na kolejne tygodnie. Serial? Marnowanie czasu. Książka? Po dwóch stronach byłam o krok od zaśnięcia. Wyjazd? Jasne, ale nie w tym tygodniu, bo przecież muszę dokończyć projekt. W końcu w najmniej oczekiwanym momencie padło: „Kiedy ostatni raz była Pani na urlopie?”.Nie usłyszałam nic, czego bym już nie wiedziała i o czym wcześniej bym nie myślała. Od dawna twierdziłam, że muszę znaleźć złoty środek pomiędzy obowiązkami a odpoczynkiem, ale wszystkie genialne plany kończyły się wraz z pierwszym mailem z kategorii „Musimy coś jeszcze poprawić”. W końcu uznałam, że pora coś zmienić i chyba mogę powiedzieć, że idę w dobrym kierunku.

Przede wszystkim sporo zmieniło się w moim podejściu do bloga. Pewnie zauważyłyście, że częstotliwość wpisów ostatnio trochę się zmniejszyła. I to nie tak, że już mi się nie chce, po prostu w pewnym momencie złapałam się na tym, że liczby w statystykach i potrzeba obowiązku zaczęły przysłaniać mi to, co w blogowaniu ceniłam najbardziej – potrzebę dzielenia się przemyśleniami, ciekawymi rzeczami. Straciłam motywację, publikacja wpisu nie wywoływała już tych samych emocji, co kiedyś, a ja zamiast z tym walczyć, po prostu odpuściłam na jakiś czas i to było najlepsze, co mogłam zrobić.

Kiedyś nie potrafiłam sobie wyobrazić, że na moim blogu mógłby nie pojawić się ani jeden wpis przez tydzień. Wrzucałam teksty (choć tekstami chyba ciężko byłoby je nazwać) typu „Tydzień w zdjęciach”, czy „Co ostatnio kupiłam?”, bo mimo, że z czasem zaczęłam je traktować jako typowe „zapychacze”, sądziłam, że właśnie tego chcą czytelnicy. W końcu (o dziwo) właśnie tego typu wpisy zawsze miały najwięcej odsłon. Dojrzałam jednak do myśli, że wolę słabsze statystyki, niż publikacje które oglądam po latach z zażenowaniem. Chcę postawić na jakość, nie na ilość. W sierpniu pojawiło się sześć wpisów, we wrześniu wraz z tym pięć, a ja nie mam ani grama wyrzutów sumienia.

Nie zrozumcie tego opacznie – to nie tak, że chcę tak już zawsze i z czasem dojdę do jednego postu miesięcznie, nic z tych rzeczy. Po prostu wolę przeczekać brak motywacji, niż publikować na siłę, z poczucia obowiązku i zapychać blog zdjęciami, które większość z Was widziała już na Instagramie, czy też wklejać zdjęcia z innego portalu, dodając od siebie cztery zdania opisu, prezentując Wam piękne wnętrza (tak, wiem, kiedyś tak robiłam ;)). Wcielam w życie zasadę: „Nic na siłę”.

Zmieniło się również moje podejście do odpoczynku. Jeszcze dwa miesiące temu seriale oglądałam jedynie w międzyczasie – podczas gotowania i sprzątania. Nawet, gdy kusiło mnie odpalenie kolejnego odcinka, zaraz przypominałam sobie ile mam do zrobienia i uznawałam, że szkoda mi tracić czas. Biografia Steve’a Jobsa z kolei leżała od kilku ładnych miesięcy na stoliku nocnym, bo sięgałam po nią, gdy leżałam już w łóżku i po kilku stronach stwierdzałam, że nie dam rady dalej czytać. Mogłabym tak jeszcze długo wymieniać rzeczy odkładane na „kiedy indziej”.

W tym przypadku nie udało mi się do końca zwalczyć wyrzutów sumienia, ale postęp jest i to spory. Kiedy w czasie pracy ogarnia mnie niemoc, zamiast krążyć bez sensu po sieci w celu sprawdzenia „arcyważnych rzeczy”, odpalam odcinek Desperatek i pozwalam sobie na 40 minut przerwy. Po obiedzie wyznaczyłam sobie porę na godzinny odpoczynek. Miał to być czas poświęcony na czytanie, ale przyznaję bez bicia, że w większości przypadków ucinam sobie drzemkę. Wieczorem z kolei na godzinę 21 mam wyznaczony deadline dotyczący wyłączania komputera. Gdybym pilnowała się sama, pewnie byłoby z tym różnie, ale moja druga połowa stoi na straży. Ach, no i w końcu wyjechałam na urlop odkładany od prawie trzech lat.

Ciągle mam przed sobą wiele do dopracowania, ciągle zdarza mi się ulec myśli: „Muszę więcej”, ale i tak podoba mi się w jakim kierunku zmierzają te zmiany. Mam nadzieję, że w końcu znajdę swoją równowagę, bo choć nie jest to sprawa łatwa, to z całą pewnością warto jej szukać, żeby się w tym szybkim świecie nie zatracić.

  • Anonymous

    Paula, jestem ciekawa, czym się zajmujesz, tzn. gdzie pracujesz? Ja miałam podobny problem z brakiem czasu na odpoczynek i odkładaniem go na wieczne później… Działałam jak w amoku. Moim problemem jest to, że pracuję w domu (choć czasem wiąże się to z wyjazdami, czasem z prowadzeniem szkoleń rzecz jasna poza domem). Muszę wyznaczyć sobie jakieś bloki czasu, w których pracuję, a w których mam życie prywatne. Cały czas mi to nie wychodzi, nie potrafiłam jak dotąd wyraźnie tego rozdzielić…

    • Ja również pracuję w domu i to chyba główna przyczyna tego braku umiejętności oddzielenia pracy od życia prywatnego. W końcu trudno oderwać się od komputera/biurka z myślą, że czeka na nas tyle pracy i jak gdyby nigdy nic zająć się odpoczywaniem. Wyznaczanie bloków czasowych jest chyba nierealne – milion razy próbowałam, ale warto mieć kogoś, kto będzie wiedział o Twoim postanowieniu i przypominał o przerwach, czy o wyłączeniu komputera. Najlepiej gdyby było to kilka osób :)

  • W końcu ktoś, kto otwarcie powiedział o tym, że wszelkie wpisy typu podsumowanie tygodnia, Instagramo itp. to zwyczajne zapychacze, które nie mają żadnej wartości dodanej.

    Nie zgadzam się natomiast co do wspomnianej wyżej weny. Prawdziwa wena zdarza się rzadko. Jej brak to świetne usprawiedliwienie dla własnego lenistwa. Paradoksalnie to nie wena a systematyczność i dyscyplina powodują, że jesteśmy w czymś coraz lepsi.

    A propos seriali – właśnie rozpoczął się nowy sezon The Downton Abbey – oglądasz?

    • Nie napisałam, że wszystkie tego typu wpisy są zapychaczami, to moim zdaniem zbyt duże generalizowanie. Są takie, które są robione ciekawie i nie są wyłącznie przekopiowaniem zdjęć z Instagrama.

      Serialu nie kojarzę, jestem początkującą serialoholiczką ;)

    • Dorota,nie do końca, bo właśnie z podsumowan tygodnia czytelnicy wiedza,jakim jestem człowiekiem,co zazwyczaj robię itp :-) jest to tez platforma do dzielenia sie wartościowymi linkami,cos jam Twój newsletter :)

    • A ja uwielbiam te Wasze podsumowania tygodnia i te właśnie linki. Racja, że kopiowanie z Instagrama bywa nużące, ale czasem ciężko wygospodarować czas na robienie jeszcze osobno zdjęć, jeżeli blog to ie jest Twoja jedyna praca, wszystko zależy od czasu. Pozdrawiam :)

    • Ja tam bardzo lubię dodawać podsumowania miesiąca w zdjęciach i nie traktuję takich wpisów jako zapachaczy :) Mnie za to znudziło mnie umieszczanie wpisów z zapowiedziami limitowanek i zrezygnowałam z nich, choć miały bardzo dużo odsłon.

    • Chyba nie wyraziłam się zbyt jasno. Pisząc o zapychaczach miałam na myśli wpisy typu: zdjęcia z Instagrama, które już każdy (prawie) widział i podsumowania polegające na pisaniu tego, co i tak już każdy przeczytał lub zobaczył w mediach społecznościowych. Do tego – jak napisała Ania – świetnie nadaje się newsletter – polecam takie rozwiązanie!

      Uważam natomiast, że podsumowania typu: jakie filmy widziałam, jakie książki czytałam i jakie rzeczy są godne polecenia są akurat super. Tyle że bez sensu nazywać/tytułować je podsumowaniami tygodnia/miesiąca itp. :)

  • Trzymam kciuki.Niekiedy trudno nam coś samemu zauważyć, więc w takich chwilach dobrze sprawdza się właśnie ta nasza druga połowa. Najważniejsze jest by zacząć zmiany później już idzie z górki… No chyba że się poddamy i wrócimy do starych, złych nawyków :) Życzę Ci powodzenia w zmianie życia na lepsze !:)

  • Bardzo dobrze, że starasz się zwolnić, w końcu nieco słabsze tempo to nie grzech, a może sprawić, że będziesz sto razy bardziej wydajna :)

  • Każdy czasami potrzebuje takiego resetu, i to ze przez kilka miesięcy częstotliwość postów zmaleje to nic nie zmienia- my i tak tu wrócimy:) trzymaj sie cieplo:)

  • Jako blogerka – rozumiem. Ja potrzebowałam półrocznej przerwy od blogowania i nowego początku, żeby znów czerpać z tego przyjemność. Jako wierna czytelniczka rozumiem i mam nadzieję, ze jeszcze nie raz pozytywnie nas zaskoczysz:)
    Pozdrawiam Cię serdecznie
    Aga

  • Popieram! Tyle, że mój okres w życiu ma inny powód… ciąża i Maleństwo. Zwolniłam i nie chce mi się wielu rzeczy. Ale nie muszę i nie chcę. Jestem szczęśliwa.

  • O jakże rozsądne podejście! Też muszę u siebie wprowadzić tego typu zmiany. I ten deadline o 21 brzmi sensownie i kusząco… ;)

  • to prawda :) jak człowiek wypoczęty i zrelaksowany to praca lepiej idzie :)

  • Ja też doszłam swego czasu do takiego punktu w moim blogowaniu. Ponad półroczna przerwa… Straciłam zapał, motywację, chęć. Na szczęście wszystkie trzy wróciły na swoje miejsce :)

  • Jesień jest idealnym czasem na zwolnienie :D

  • Czasami lepiej zwolnić, bo nie zawsze pośpiech jest dobrym doradcą. A to, z czym nie zdążymy może czasem okazać się sprawą, która nie była dla nas tak naprawdę ważna.

  • Od kiedy urodziłam swojego Synka to lubie spędzać z nim czas tęsknię za blogowaniem czytam inne blogi i czasami żałuje ze nie moge komentować ale cos za cos :) mam nadzieje ze w końcu wrócę do blogowania ale bede robic to mniejszymi kroczkami :)

  • To, że wpisy są rzadziej, to nawet lepiej, bo często nie nadążałam z byciem na bieżąco u Ciebie :) Ja też ciągle mam coś do zrobienia, a nawet nie mam stałej pracy. I też chciałabym trochę zwolnić, ale mam ogromne wyrzuty sumienia, że życie mi ucieka, a ja się obijam. Spodobał mi się pomysł z ustaloną godziną wyłączenia komputera. Muszę koniecznie wypróbować :)

  • Wakacje chyba dobrze Ci zrobiły :) mam nadzieję, ze już lepiej się czujesz i wena też będzie Cię częściej odwiedzać, bo przyznam, że lubię te Twoje „pisane” posty. Faktycznie lepiej postawić na jakość, a „zapchaj-dziury” może czasami podobają się czytelnikom, ale czy to nie nasze samopoczucie powinno być najważniejsze?
    Sama też się czasami przyłapuję na myśleniu „o kurczę, nie publikowałam nic od kilku dni”. Zdarza mi się wtedy pisać coś byle tylko to opublikować, a potem to czytam i…. Zostawiam wpis w szkicach. Mam takich postów co najmniej kilkanaście. Napisałam je dla podtrzymania systematyczności na blogu, a jednak przed publikacją opamiętałam się, że są nie w moim stylu, nie są moim zdaniem wartościowe i że to niezgodne z moją „filozofią” blogowania. Statystyk staram się nie sprawdzać zbyt często aby nie stresować się ewentualnymi spadkami. Tak jest dobrze i żyję w zgodzie z moim blogowym sumieniem ;).

    • Doszłam do bardzo podobnych wniosków – blog powinien być zgodny z naszą wizją, nawet jeśli to bardziej kręta i wyboista droga jego rozwoju :)

  • Dla niektórych zapychacze dla niektórych styl życia. Wielu ludzi nie wyobraża sobie życia bez codziennych zakupów i tylko czekają, żeby wstawić nowe zdobycze na bloga, czekać na miłe komentarze itd.
    Ja dopiero zaczynam przygodę z blogowaniem, więc zapału jeszcze we mnie dużo. Jednak staram się dodawać wpisy z głową. Jak nie mam „weny” to nie piszę, chociaż wiem, że statystyki spadają.

  • Popieram takie podejście :) Sama gdy nie mam ochoty i weny to po prostu nie wstawiam nic na siłę, co zaowocowało miesięczną przerwą na blogu – ale gorzej czułabym się pisząc wtedy na siłę, niż gdy zrobiłam taki przestój.
    Chociaż posty o zakupach akurat lubię ;)

    • Wpisy o zakupach ja też lubię, ale z umiarem, a kiedy zaczynałam było ich tu naprawdę sporo. Niemal każdy zakup musiał być pokazany na blogu. Dziś wspominam to z lekkim wstydem, ale i ze sporym sentymentem ;)

  • Cóż, ja ostatnio zdałam sobie sprawę, że jestem pracoholiczką, ale uczę się odpoczywać, choć jest to trudne, bo wszystko chcę robić najlepiej jak się da, a to wymaga czasu.
    Powodzenia:)

  • Myślę, że Twoje nowe podejście jest świetne i wyjdzie na dobre nie tylko Tobie, ale i czytelnikom! Nie ma nic gorszego niż posty pisane na siłę, byle tylko nie było zbyt długo ciszy. Ja osobiście zdecydowanie wolę te blogi, na których posty pojawiają się rzadziej, ale są znacznie lepiej przemyślane i niosą ze sobą jakąś wartość :)

  • zrobiłam podobnie jak Ty – odpuściłam wpisy ze względu na brak czasu, bo nie chciałam publikować byle czego, trochę odpoczęłam i teraz mogę wrócić do pisania – taka przerwa naprawdę dużo daje ;)

  • Miło się czyta Twoje refleksje.. dużo prawdy o blogowaniu…. choć dopiero jestem początkującą blogerką z pewnością nie będę brała udziału w „wyścigu szczurów”- to dotyczy się ilości postów. Serdecznie pozdrawiam.

  • Mądry Czytelnik doceni jakość postu a nie ich ilość i tego bym się trzymała. Sama mam za sobą kilkumiesięczną przerwę w częstym blogowaniu, kiedy to zajmowałam się innym projektem. Starałam się jedynie przygotować coś sensownego raz na 2 tygodnie.
    Trzeba umieć zwolnić w życiu :)

  • Ja już od dawna stosuję regułę „nie masz o czym pisać, nie pisz wcale”. Też kiedyś wstawiałam tysiące „ootd” czy instamixów. Po czym co miesiąc usuwałam połowę z tych postów, bo nie chciałam, żeby ktoś nowy na moim blogu zniechęci się tymi postami do dalszego czytania. A takie posty najszybciej się pisało, wklejało się miliard zdjęć troche tekstu – notka gotowa. Później się czytelnik uczy, że wystarczy zdjęcia pooglądać a nie czytać wypociny.

    Wypocznij! I jestem pewna, że chociaż notka pojawi się raz na tydzień to czytelników ci nie ubędzie!

  • Blogi mają to do siebie, że przyjmą wszystko. Niestety. Kiedyś również na swojej stronie publikowałam typowe „zapychacze”, ale w końcu stwierdziłam, że nie ma to najmniejszego sensu i zdecydowanie kłóci się z tematyką mojego bloga. Przystopowałam, dodawałam tylko recenzje i mimo tego, że statystyki BARDZO spadły, nie przejmuję się tym :)

    im-bookworm.pl

  • Ostatnio miałam podobne przemyślenia. Zrozumialam,ze uszczesliwianie wszystkich to recepta na klęskę,wiec moim jedynym kryterium jakim kieruje sie przy tworzeniu tekstów jest własna chęć. Najważniejsze,to robic to, co daje satysfakcję nam samym….

  • Jestem blogowiczką przez takie małe „b”. Bardziej robię to dla siebie niż dla statystyk. Czytam jednak dużo i muszę powiedzieć, że nie ma na posta złotego środka. Sama po sobie widzę, że czasem mam humor na przeczytanie czegoś porządnego i dobrze przemyślanego, a kiedy indziej przyjemnie mi się ogląda zdjęcia i króciutkie komentarze. Wydaje mi się, że wszystko wymaga pracy i pomysłu – nawet taki „zapychacz”. A w sieci jest coraz więcej „bylejakości”.
    Pozdrawiam i życzę powodzenia w trzymaniu postanowień;)

  • Myślę, że te zmiany naprawdę wyjdą Ci na dobre. W końcu każdy potrzebuje chwili odpoczynku i wybranie odcinka serialu zamiast 40 min krążenia po sieci jest świetnym pomysłem ;)

  • Ano faktycznie, można stracić kontrolę… mając wszystko pod kontrolą, ażeby było śmieszniej. Udanego odpoczynku i co najważniejsze: poczucia dumy z bloga! Regularność swoją wygodną posadkę może mieć i na drugim planie ;)

  • Myślę, że tutaj sporą krzywdę robi moda na samorozwój. Jesteśmy bombardowani tekstami: „nie marnuj czasu na głupoty”, „życie masz tylko jedno, więc nie trać go dla rzeczy bezsensownych” itd. Ja sama wpadłam w taką pułapkę i tak samo miałam wyrzuty sumienia. Dobrze, że zwolniłaś, człowiek nie może być non stop na wysokich obrotach, chociaż jak już wejdzie się w ten pęd to ciężko wyhamować.
    A co do bloga, to zgadzam się w 100% z tym, że nic na siłę. W końcu to ma być przyjemność też i dla Ciebie :).

    • Rzeczywiście, jest sporo racji w Twoim komentarzu. Również sporo o tym myślałam i doszłam do podobnych wniosków. Teksty o samorozwoju są bardzo przydatne i potrzebne, ale jak do wszystkiego trzeba do nich podchodzić ze sporą dawką dystansu i umiaru :)

  • Też przez kilka miesięcy pracowałam w domu, dla kogoś, nie na własny rachunek. Ale ja doskonale oddzielałam pracę od domu. Kiedyś jednak też bardzo poświęcałam się pracy, dawałam z siebie 110%. Z wiekiem przewartościowałam swoje życie. I teraz uważam, że choć praca jest ważna, bo daje nam poczucie bezpieczeństwa i pozwala się utrzymać, jest to jednak tylko praca. Ważniejsze jest zdrowie, rodzina, najbliżsi. Dlatego poświęcam się w pracy całkowicie swoim obowiązkom, lub się trochę obijam, gdy mam na to czas, ale od 9.00 do 17.00, od poniedziałku do piątku. Pozostały czas należy do mnie, mojego męża, kotów, rodziny, na odpoczynek i relaks. Oglądam seriale, czytam książki, piszę bloga, wpadam na blogi innych osób. Wszystko w życiu ma swój czas i miejsce, zarówno praca jak i odpoczynek. Dobrze, że uczysz się nabierać dystansu do obowiązków, to bardzo ważne, aby osiągnąć równowagę :) Pozdrawiam.

  • bardzo mądrze napisane :)
    odpocznij sobie w końcu,nie można się zapracowywać! trzeba mieć też czas wyłącznie dla siebie

  • Paula proszę zwolnij i odpocznij, wyjedź gdzieś, zrelaksuj się, nie samą pracą żyje człowiek ( taaa, wiem sama lesza nie jestem) Człowiek czasem tak pędzi, że faktycznie znika mu z oczu to co najważnijesze. Tak ostatnio wchodziłam do Ciebie i właśnie ten brak wpisów mnie zmartwił, ale stwierdziłam, że po prostu masz dużooo pracy, cieszę się, że wróciłaś, najważnijesze, że wszystko oki :)

  • Skąd to znam.. Praca, zakupy, obiad, sprzątanie, pranie, blog.. czasu dla siebie malutko.. i o zgrozo dla mojego Małżonka:( Też jestem teraz na ‚odwyku’.. Od nowa uczę się tego, że obowiązkami domowymi można (i warto) się podzielić, że blog nie zając, a ja po ciężkim dniu pracy powinnam odpocząć i nie nawalać sobie tylu obowiązków. Widzę, że organizm się buntuje i MUSZĘ zwolnić tempo.. Za Ciebie też trzymam kciuki i ogromny szacun za limit na kompa. Mi chyba trzeba by wyłączyć prąd;)

  • Znam to uczucie doskonale. Mimo braku etatu jestem strasznie zarobioną osobą, chociaż często widzę, jak bardzo bezproduktywną. To takie błędne koło: robisz dużo, ale potrzebujesz odpoczynku, więc zaczynasz „marnować czas” przy serialu, a potem masz wyrzuty, że przez serial zawaliłaś robotę, więc zarywasz noc, żeby nadrobić, a rano wstajesz jak zombie, więc marnujesz czas przy serialu, bo mózg nie jest w stanie nic z siebie wykrzesać, a potem znów wyrzuty sumienia itd.
    Strasznie ciężko u mnie z samodyscypliną. Z resztą wszystko u mnie zawsze się przesuwa, bo a to do sklepu, a to jedzenie dla syna, a to pielucha, a to ja zgłodnieję, i tak w koło macieju.
    Muszę wziąć z Ciebie przykład, choć wyłączanie komputera przed 21 nie przejdzie, bo tylko po 21 mogę pracować (wiwat macierzyństwo xD).
    Trzymam kciuki za Ciebie ;) A mniejszą ilością postów się nie przejmuj, czytelnicy kochają to poczekają :D czy jakoś tak ;)

  • Bardzo fajnie i mądrze napisany tekst. Zastanawiam się nad tym co wiele osób tu napisało, tj. nad długotrwałą przerwą w blogowaniu. Jak to wpłynęło na Wasze blogi i statystyki? Czy zdecydowałybyście się na taki krok w pierwszym roku blogowania?

    Pozdrawiam,
    Agnieszka

    • Myślę, że tu nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Na każdego taka przerwa wpłynie inaczej. Najlepiej kierować się własną intuicją ;)

  • Paula, bardzo się cieszę i z tego, że napisałaś ten wpis i z decyzji jakie podjęłaś. Muszę Ci przyznać, że tak się trochę zastanawiałam się co oznacza ta cisza u Ciebie na blogu i martwiłam się, że może to efekt jakiś problemów zdrowotnych. A na szczęście tak nie jest! I w sumie wolę, żebyś pisała mniej, a żeby te teksty były i pisane przez Ciebie z większą przyjemnością i chętniej czytane przeze mnie. A drzemki poobiedniej szczerze zazdroszczę :)

  • Nie mogłam się doczekać, aż coś napiszesz. Bardzo lubię Twoje głębsze teksty, ale zapychaczami też nie gardzę. Dla mnie (i pewnie dla wielu) taki lżejszy post jest świetną, odstresowującą rozrywką, znacznie lepszą niż filmiki z kotami czy pudelek, bo nawet zapychacza potrafisz skonstruować tak, żeby był ciekawy i wartościowy.
    Jednak jeśli Tobie nie sprawia to frajdy, to Cię jak najbardziej wspieram.
    Jeżeli chodzi o dawanie z siebie wszystkiego w pracy, proszę, weź pod uwagę jeszcze jeden aspekt. Wiadomo, że przepracowywanie się może wpłynąć negatywnie na Twoje zdrowie, Twój organizm oraz na Twoje życie prywatne – mogą się zacząć nieporozumienia w związku. Ja oprócz tego dodam jeszcze jeden aspekt. Przepracowywanie się to najlepsza droga do wypalenia zawodowego. Wypalenie wcale nie dotyka tylko osób pracujących w zawodach społecznych, jak nauczyciel, pielęgniarka czy lekarz. Coraz częściej dotyka reprezentantów wszystkich zawodów, a łączy ich jedno – dawali z siebie zbyt dużo. Ja to mam po roku pracy od 8 do 18-19, po sobotnich posiedzeniach nad raportami, po niedzielnych kilkugodzinnych rozmowach telefonicznych z szefem. Wypaliłam się. Nie znoszę tego, co robię, chcę od tego jak najdalej uciec. Szukam czegoś innego, poza branżą, która mi całkowicie zbrzydła. A wystarczyło od razu, na początku postawić granicę i dać sobie prawo do odpoczynku. Mam nadzieję, że Tobie to się nie przytrafi i znajdziesz balans pomiędzy życiem prywatnym a pracą, bo np. mnie byłoby szkoda, gdybyś uciekła z krzykiem od bloga albo od tworzenia grafiki. Pozdrawiam!

    • Chodziły mi już po głowie różne myśli (w tym zrezygnowanie z bloga), ale szybko uznałam, że strasznie by mi tego brakowało :)

    • Oj, nie tylko Tobie :)

  • Bardzo mi się podoba podejście!! Nic nie jest ważniejsze od naszego dobrego samopoczucia! A jeśli ono będzie to wtedy znajdziesz też motywację do pisania i pomysły, którymi będziesz się dzielić z czytelnikami :) <3 Dużoooo…. odpoczynku! :)

  • Oj pierwszy urlop od 3 lat? No to rzeczywiście wpadłaś w wir pracy. Ja zawsze podchodziłam do tego z dystansem, wracałam do domu po pracy i koniec. Odłączałam się od niej. Jednak praca w domu, „na siebie” wymaga większego zaangażowania. Nie idzie zrobić 8h pracy i trzasnąć drzwiami. Jednak trzeba zdawać sobie sprawę że życie ucieka i należy sie relaksik, spotkania ze znajomymi, czas na dobra książkę czy serial :)

  • Ja bardzo lubię Twoje podsumowania i mimo wszystko trzymam kciuki żebyś pisała jak najczęściej :D ale też w zgodzie z samą sobą! Pozdrawiam :)

  • Również uważam, że takie wpisy cieszą się największym zainteresowaniem, podejrzewam, że to ze względu na to, że ludzie wolą oglądać zdjęcia, niż czytać posty, a szkoda.
    A przerwa nawet i na blogu jest potrzebna.
    Niemniej jednak czekam na kolejne posty jak i na tapety, szczególnie na telefon! :)

  • Ja nigdy nie rozumiałam idei wpisów pt. „Tydzień w zdjęciach”. Nie to, żebym miała coś przeciwko, ale takie wpisy po prostu skrupulatnie omijałam na liście czytelniczej :D.

    Ja generalnie uważam, że czasami warto przeczekać jakąś niemoc twórczą niż wrzucać na siłę jakieś treści, co do których nie mamy przekonania, także rozumiem i popieram Twoje rozumowanie.

    Ale haule są spoko, lubię oglądać i tworzyć :D.

  • Bardzo mądry wpis :) … ja też kiedyś czułam wręcz presję, aby pisać jak najczęściej. Teraz nieco odpuściłam, piszę wtedy, gdy mam o czym albo gdy jest coś, co chcę pokazać. Nic na siłę :).

    Cieszę się, że trochę odpoczęłaś w końcu. Nie samą pracą człowiek żyje! :)

  • Uwielbiam Cię, jesteś taka wygadana, piszesz długie posty i naprawdę rozumiesz co jest ciekawe dla czytelnika :) Jakie posty, tacy czytelnicy, kiedy piszesz o niczym i dodajesz zwykłe mixy, to „czytelnikami” są nabijacze, co komentują, aby przyciągnać na swój blog, a kiedy piszesz długie teksty, to czytają zainteresowani, a nie spamerzy :))

  • Myślę, że najważniejsze jest to byś Ty czuła się dobrze. Twój blog należy do jednych z tych, na które zaglądam, prawie że przy każdym nowym wpisie (słaby za to ze mnie komentator) i nie chciałabym żeby stał się rutyną :)

  • Świetny i pouczajacy post

  • A ja z natury jestem „ślimakiem”;) Na wszystko mam czas, nigdzie się nie śpieszę (no chyba, że trzeba). Czasami mam przez to różne perypetie, ale jakoś cenie sobie mój powolny tryb życia.

  • Pozwolę sobie w odpowiedzi zacytować fragment mojego czerwcowego postu:

    „(…) Że trzeba. Publikować często i zdjęcia mieć ładne. I pisać mądrze i zawsze mieć swoje zdanie. Reagować, udzielać się, komentować. Być na FB, Tweeterze, Instagramie, Pintereście i z lodówki na ludzi wyskakiwać. Wciąż się rozwijać, reklamować, zarządzać, planować i rzucić robotę. (O)presja.

    Miesiąc temu niespodziewanie osiągnęłam spokój. Wróciłam do stanu, że nie muszę. Bo po co mi to wszystko? Skończyłam studia, pracuję w zawodzie. Tworzę, szyję, żyję. Organizuję. Jestem tu gdzie chciałam być, żyję z pasją. Innych chcę zarażać optymizmem i motywować do odnalezienia własnej ścieżki. O tym ma być ten blog. Bez spiny.

    Nie muszę. Chcę.”

  • Często zastanawiam się, co jest lepsze – moje bieganie do pracy, kontakt z setkami ludzi dziennie (no coż, taki zawód), czy ciągłe przebywanie w domu, przed komputerem, mojej drugiej połowy. Wracam do domu po południu, często mam ochotę obejrzeć niezbyt ambitny serial, żeby na momencik wyłączyć myślenie, lub iść na długi spacer i „wychodzić” wszystkie myśli związane z pracą. Mój mąż przeważnie nie ma na to czasu, ale nie wydaje mi się, żeby cierpiał z tego powodu. On po prostu lubi to co robi. Chciałabym chociaż na chwilkę wkroczyć w jego świat i zobaczyć jak to jest pracować z ludźmi, ale bez ludzi. Chciałabym odnaleźć spokój, którego tak bardzo mi czasem brakuje. Tak popularny obecnie zwrot ASAP doprowadza mnie do szewskiej pasji. Chcę pisać o tym, co mnie boli, a co cieszy, ale, prawdę mówiąc, trochę się tego boję i działam w bardzo zwolnionym tempie. Tobie świetnie to wychodzi. Gratuluję doskonałego bloga! :)