Pierwszy raz w stolicy

Nie wiem czy kobiecie, której lada chwila stuknie ćwierćwiecze, wypada przyznawać się, że nigdy dotąd nie była w stolic. W moim przypadku tak właśnie było. Co więcej jeszcze kilka tygodni temu nic nie zapowiadało, że coś się w tej kwestii zmieni. Kiedy dotarło do mnie zaproszenie na warsztaty florystyczne połączone z prezentacją tajemniczej marki kosmetycznej, pomyślałam “Odmówię później” i wróciłam do codziennych zajęć. Niedługo później w rozmowie z Aliną wyjawiłam swoje zamiary, a ta postanowiła stanąć na straży realizacji jednego z moich noworocznych celów i jakimś cudem namówiła mnie na wspólny wyjazd.

W środę późnym wieczorem dotarłyśmy na Dworzec Centralny i swoje pierwsze kroki skierowałyśmy do Złotych Tarasów. Po szybkiej kolacji dotarłyśmy do hotelu z widokiem, który możecie zobaczyć powyżej. Tego dnia niewiele więcej zobaczyłam, bo zmęczenie dało o sobie znać, ale dnia następnego wyruszyłyśmy do miejsca, w którym miały odbyć się warsztaty i po drodze udało się zobaczyć kawałek Warszawy zza szyby taksówki.

Gdy tylko dotarłam na miejsce, od razu wiedziałam, że wrócę zadowolona. Warsztaty były zorganizowane w prowadzonym przez panią Martę Gessler Warsztacie Woni – miejscu tak cudnie pachnącym, że wychodzić się z niego nie chce. Czekały na nas stanowiska do tworzenia lawendowych kompozycji. Lawenda jak się okazało, pojawiła się tam nieprzypadkowo, ponieważ marka, którą nam przedstawiono pochodzi z Prowansji.

Owa tajemnicza marka to Le Petit Marseiliais. Przyznam, że dotąd pojęcia nie miałam o jej istnieniu, ale jak tylko powąchałam ich brzoskwiniowo-nektarynkowy żel pod prysznic, przepadłam. Okazuje się, że jeszcze łatwiej, niż opakowaniem można “kupić” mnie zapachem.

Po rozszyfrowaniu marki przeszłyśmy do tworzenia, czyli tego, na co czekałam zdecydowanie najbardziej. Uwielbiam takie twórcze zajęcia i od razu wkręciłam się w swoją wizję osłonki dla lawendy. Udało się uchwycić mnie w akcji w obiektywie Smieti. Możecie zobaczyć Paulę-kreatorkę na poniższym zdjęciu po prawej. Po lewej z kolei moja osłonka “in progress”.

Było naprawdę fantastycznie, żałowałam jedynie, że tak krótko. Przyznam, że często kojarzyłam tego typu spotkania z nadęciem, powagą i toną niepotrzebnych informacji o prezentowanej firmie, a to co zastałam było totalnym przeciwieństwem moich wyobrażeń. Dziewczyny-organizatorki spisały się na medal i jednocześnie świetnie bawiły się z nami w czasie warsztatów. Miałam okazję w końcu poznać m.in. Agatę, która ma nosa, Asię od kosmetycznych nowinek, Smieti-fotografkę, nieustannie uśmiechniętą i zarażającą pozytywną energią Weronikę i jak zawsze fantastycznie ubraną Karolinę. Tutaj możecie zobaczyć nasze grupowe zdjęcie.

Po warsztatach udało mi się poznać jeszcze jedną fantastyczną blogerkę, z którą spotkanie obiecywałyśmy sobie już od wielu długich miesięcy. W dworcowym Starbucksie umówiłam się z Magdą z bloga My pink plum. Tak jak podejrzewałam dwie godziny wystarczyły nam na omówienie zaledwie wierzchołka wspólnych tematów, ale liczę, że to nie ostatnie nasze spotkanie (i że w końcu zobaczę jej przepiękne mieszkanie!).

Do Katowic wróciłyśmy wczoraj późnym wieczorem. Padałam z nóg, ale jednocześnie wracałam pełna pozytywnej energii, którą dałam się zarazić na spotkaniach. Strasznie się cieszę, że dałam się namówić, ukłony w stronę Aliny! Mam nadzieję, że to dopiero początek mojego przełamywania lodów i przestaną mnie w końcu omijać takie fajne wydarzenia.