Rzeczy, które chciałabym wiedzieć na początku blogowania

rady dla początkujących blogerów

Stworzyłam swój pierwszy blog w czasach, gdy najwyższą formą oryginalności była umiejętność dodawania migająco-grających elementów, przez które dziś potencjalny czytelnik uciekłby w popłochu. Nie miałam wówczas pojęcia co robię, jak powinnam to robić i przede wszystkim po co to robię. Dziś, wiele lat i wiele blogów później, bez cienia wątpliwości mogę uznać, że sporo się przez ten czas nauczyłam. Popełniłam wiele małych i dużych błędów, miałam setki dylematów, poznałam wiele punktów widzenia, a przede wszystkim zaczęłam inaczej patrzeć na wiele spraw.

Nie myślcie jednak, że postanowiłam przedstawić się światu jak ta, która osiągnęła najwyższy z możliwych poziomów blogowania. Możliwe, że nie jestem nawet w połowie drogi, o ile w ogóle można tu mówić o jakiejkolwiek skończonej liczbie szczebli zaawansowania. Ciągle popełniam duże błędy, ciągle uczę się czegoś nowego, być może za rok pomysł jawiący się dziś jako nadzwyczajny, uznam za porażkę. Pomyślałam jednak, że gdybym teraz zaczynała całą tę przygodę od nowa, chciałabym posłuchać rad kogoś, kto czegoś w tej kwestii doświadczył.

Mówią, że każdy bloger musi od czasu do czasu pobawić się w specjalistę od blogosfery, czasem trudno się oprzeć. Zdarzało mi się już poruszać takie tematy, ale uznałam, że wpadłam w nich w zbyt mentorski ton. Postanowiłam więc spróbować jeszcze raz, tym razem jednak chcę dzielić się doświadczeniami, bez zadęcia, tak po ludzku, jak dobra znajoma. Starałam się nie pisać o oczywistościach typu: “wybór odpowiedniego szablonu to podstawa”, skupiłam się na dylematach, które najczęściej zmuszały mnie do blogowych refleksji.

blogowanie rady wskazowski

1) Nie da się dogodzić wszystkim czytelnikom

To trochę jak z powiedzeniem z wpisu o prawdach, o których zawsze warto pamiętać – “Nawet Milki nie lubią wszyscy”. Próba dopasowania się do wszystkich czytelników to najprostsza droga do frustracji. Jesteśmy różni, podobają nam się różne rzeczy i nie istnieje żaden sposób na to, by każdy był zadowolony. Przykład z mojego doświadczenia: Po publikacji tapety na dany miesiąc, niemal zawsze dostaję przynajmniej jedną wiadomość lub jeden komentarz z następujących kategorii:
  • tło jest za jasne,
  • tło jest za ciemne,
  • tapety powinny być jeszcze bardziej minimalistyczne,
  • tapety są zbyt minimalistyczne i powinno być na nich więcej kolorów i grafik.

Jak w tej sytuacji się dopasować? Zrobię ciemne tło – będą narzekać zwolennicy jasnego, zrobię jasne – będzie odwrotnie. Początkowo taka próba dostosowania się do odbiorców spędzała mi sen z powiek, ale uświadomiłam sobie, że nawet jeśli dopasuję tapety do każdej z powyższych grup, zaraz znajdą się kolejne, twierdzące, że wolą grafikę pośrodku, wersję bez kalendarza, wersję bez obrazka itd. W efekcie wpis z tapetą tworzyłabym przez trzy dni, publikowałabym dziesiątki wersji przez kilka godzin i po kwartale narosłaby we mnie taka frustracja, że darowałabym sobie tworzenie czegokolwiek. Sugestie czytelników są ważne, ale próba reagowania na wszystkie grozi obłędem.

2) Jakość to kwestia chęci, nie zasobności portfela

Pierwsze wpisy, pierwsze komentarze, odkrywanie blogosfery. Ląduję na popularnym blogu kulinarnym, podziwiam piękne zdjęcia, rozpływam się nad przejrzystością treści, oglądam pastelowe gadżety kuchenne, po czym stwierdzam: “Ach, gdybym tylko miała tyle pieniędzy, byłabym o wiele lepszą blogerką”. Lubimy wykorzystywać pieniądze jako wymówkę, to najłatwiejszy sposób na pozbycie się wyrzutów sumienia. Zamiast pomyśleć: “Hej, przecież ja też tak mogę” i podjąć próbę, wolimy z góry założyć, że ktoś ma nadprzyrodzone zdolności, bogatego męża lub nieprzeciętną inteligencję i nie robić nic.

Tymczasem jakość treści na naszych blogach to ogromnej mierze kwestia chęci. Aparatem kompaktowym możemy tworzyć piękne zdjęcia, gdy tylko przestaniemy sprowadzać jego obsługę do naciskania spustu w trybie automatycznym. Ba, nie musimy wcale posiadać aparatu, jeśli tylko znamy strony oferujące darmowe zdjęcia. Grafiki do wpisów nie wymagają zakupu dostępu do Illustratora, ani nawet szczególnych umiejętności, wystarczy skorzystać z jednego z darmowych narzędzi, a dostosowanie kodu CSS szablonu wcale nie jest tak trudną sprawą, jak wszystkim się wydaje.

Z perspektywy czasu widzę, że rola dobrego sprzętu w tworzeniu jakościowych treści jest nieoceniona, ale sądzę, że nie należy jej również przeceniać. W końcu niemal nikt nie zaczynał swojej przygody z blogowaniem od wydawania rocznej pensji na sprzęt i gadżety. Trzy podstawowe słowa to: chęć, próby i starania, reszta przyjdzie z czasem.

3) Czytelnicy odchodzą

Pierwszy komentarz z cyklu: “Przestałam tu zaglądać” był jak kubeł zimnej wody. Ale jak to? Dlaczego? Co robię źle? Przez jakiś czas czułam się z tą myślą fatalnie. Zaczęłam jednak myśleć o tym, jak wiele blogów przewinęło się przez moje zakładki przez te kilka lat. Jak wiele z nich śledziłam regularnie, a teraz co najwyżej wpadam raz w miesiącu, by pobieżnie nadrobić popularne wpisy. Czy to oznacza, że ich autorzy przestali być dobrzy w tym, co robią? Absolutnie nie. Może nasze zainteresowania gdzieś po drodze się rozminęły, może zwyczajnie zabrakło czasu lub pojawiły się inne, bliższe mi miejsca.

Zmiana tematyki, pojawienie się nowego rodzaju wpisów, czy w ogóle nowej jakości na blogu często powoduje, że czytelnicy odchodzą. Wiąże się to bezpośrednio z tym, o czym pisałam w punkcie pierwszym – nie dogodzimy wszystkim. Przez cały okres istnienia bloga zmienia się autor, jego poglądy, zainteresowania, dorastają również czytelnicy i zupełnie naturalną rzeczą jest to, że w pewnym momencie niektórym może być ze sobą nie po drodze. Dopóki w miejsce odchodzących czytelników pojawiają się nowi, nie ma tu żadnych powodów do zmartwień.

4) Z zakupem domeny nie warto zwlekać

Gdybym teraz zaczynała przygodę z pisaniem bloga, nie zastanawiałabym się ani sekundy nad zakupem domeny z trzech bardzo prostych powodów:

  1. Gdy po ponad dwóch latach blogowania zdecydowałam się na zakup domeny, straciłam pozycję wszystkich moich dotychczasowych wpisów w Google. To jeden z moich największych błędów.
  2. Opłata za pierwszy rok korzystania z domeny oscyluje w granicach 10zł, czasem nawet nie musimy płacić nic. Jeśli więc planujemy jedynie sprawdzić się w blogowaniu, ten rok pozwoli nam oszacować, czy warto brnąć w to dalej i nie stracimy zbyt wiele.
  3. Nikt nie daje nam gwarancji, że interesująca nas nazwa domeny będzie dostępna, gdy po jakimś czasie zdecydujemy się na jej zakup (a gwarantuję, że wszyscy prędzej czy później to rozważają).

5) Dobre pomysły wymagają natychmiastowego zapisywania

Wolę nawet nie myśleć, jak wiele dobrych pomysłów uciekło mi z pamięci, kiedy jeszcze nie prowadziłam blogowego zeszytu. Zawsze wierzyłam w moc swojego zapamiętywania, a potem boleśnie przekonywałam się, że jednak nie jest z tym tak dobrze, jak sądziłam. Zeszyt towarzyszy mi od dwóch lat. Mam w nim cztery sekcje:

  • Tematy wpisów. W tej chwili to 55-punktowa lista. Zdaje sobie sprawę, że prawdopodobnie nie wykorzystam nawet połowy, ale wolę mieć kiepskie pomysły na kartce, niż świadomość przegapienia choćby jednego dobrego.
  • Książki. Pozycje, które chciałabym przeczytać w celu uzupełnienia wiedzy na jakiś temat związany z planowanym wpisem.
  • Facebook, grafiki, luźne myśli. Pomysły na krótkie przerywniki na Facebooku, grafiki itp. Często lądują tu straszne głupoty, które wymagają krytycznego spojrzenia po kilku godzinach i stwierdzenia: “przecież to bez sensu”.
  • Rozwinięcia wpisów. Kiedy planuję wpis podobny do tego, który właśnie czytasz, zbieram swoje przemyślenia i obserwacje na długo przed tworzeniem. Każda połówka strony w tej sekcji ma na górze tytuł wpisu, który chcę w najbliższym czasie opublikować i gdy tylko przyjdzie mi do głowy jakaś myśl lub trafię na stronę internetową związaną z tematem, staram się zapisać choćby skrót myślowy, by nic nie uciekło.

Ta ostatnia część pojawiła się w zeszycie stosunkowo niedawno. Wcześniej zapisywałam tylko tematy wpisów, a potem pisałam wszystko z marszu, jednym ciągiem i po publikacji uświadamiałam sobie, że pominęłam całą masę rzeczy. Z taką ściągawką jest o wiele łatwiej.

6) Kurczowe trzymanie się regularności nie ma sensu

Regularne blogowanie wciąga. Sprawia, że statystyki rosną, a to napędza do jeszcze większej aktywności. Co więcej, w pewien sposób uzależniamy się od informacji zwrotnej od czytelników, od słów aprobaty, a nawet od zwykłej, ludzkiej wymiany doświadczeń, poglądów. Łatwo uznajemy, że wymaga się od nas nieustannego publikowania treści. Początkowo to świetne uczucie, ale po jakimś czasie zawsze przychodzi spadek formy. Można go przetrwać na różne sposoby, ale publikowanie za wszelką cenę według mnie jest najgorszym z nich.

Odkąd zaczęłam pisać, dopadło mnie co najmniej kilkanaście takich kryzysów. Na szczęście tylko kilka pierwszych postanowiłam zwalczać publikacjami typu: “Piękne wnętrze na dziś”. Czytelnicy od razu wyczuli, że nie wkładam w to zbyt wiele energii, a ja zrozumiałam, że od regularnych, nijakich wpisów zdecydowanie lepsze są te bezpośrednio związane z blogiem, przydatne i dobrze przygotowane. Dziś nie mam problemu z publikowaniem raz w tygodniu, bo mimo, że czasem karcicie mnie za rzadkie publikacje, wiem, że nie poświęcilibyście ich dla wpisów z kategorii: “zobaczcie, kupiłam sobie bluzkę”.

7) Nie ma czegoś takiego jak “wpis pewniak”

Ilekroć zakładałam, że wpis, który właśnie tworzę, będzie najlepszym wpisem w historii bloga, hitem nad hity, z fajerwerkami, oklaskami i fanfarami, ilość jego odsłon zamykała się w trzech tysiącach. Z kolei w najpopularniejszych wpisach dominują te, po których w ogóle nie spodziewałabym się tak ogromnego zainteresowania. Czasem naprawdę ciężko przewidzieć reakcję czytelników, zarówno w kontekście popularności, jak w kwestii odbioru, dlatego z czasem nauczyłam się nie oczekiwać zbyt wiele – po prostu pisać, tworzyć, publikować i brać na klatę akceptację (a nawet ekscytację) lub jej brak.

8) Priorytetem są obecni czytelnicy, nie potencjalni, ani utraceni

W pogoni za statystykami można się bardzo łatwo zatracić. Szukamy sposobów na zdobycie nowych czytelników, komentujemy inne blogi, udzielamy się na fan page’ach innych blogerów, rozważamy motywacje czytelników, którzy odeszli i w tym wszystkim czasem zapominamy, o tych, których wokół siebie zgromadziliśmy. O osobach, które zaglądają, komentują, zadają pytania, wspierają i… nie dostają odpowiedzi. Ten etap trwał u mnie bardzo krótko, ale skutecznie uświadomił mi, że nie tworzę dla ludzi, których mogę przyciągnąć, dla popularnych blogerów, których aprobatę mogę zyskać, dla osób, które ze znanych tylko sobie powodów stracili zainteresowanie moją twórczością. Piszę dla ludzi, których gromadzę wokół bloga i to właśnie im powinnam poświęcać największą uwagę.

Mam nadzieję, że moje refleksje w jakikolwiek sposób przyczynią się do rozwiania Waszych wątpliwości, niezależnie od tego, na jakim etapie blogowania jesteście. A jeśli nie jesteście blogerami, polecam Wam podobny wpis – 25 prawd, o których zawsze warto pamiętać. Nawet jeśli już go czytaliście, nie szkodzi, wracanie do niego bywa świetną opcją na zakończeniem dnia.