Wypędzanie nudy z kuchni, czyli metamorfoza ściany bez życia

metamorfoza-sciany-farba-tablicowo-magnetyczna

Plany na wielkie remonty są jak odchudzanie. Ekscytujesz się wizją zmian, kiedy wszystko odbywa się jedynie w wyobraźni. A im bardziej realne staje się podjęcie pierwszych kroków, tym łatwiej stwierdzić, że dobrze jest jak jest. Bo kto by się w to ładował z własnej woli.

To jeden z wniosków, które wyniosłam z urządzania mieszkania. Ile ja miałam odważnych, oryginalnych, “innych niż wszyscy” planów. Ile wizualizacji powstało jeszcze zanim zjadłam pierwszą pizzę, siedząc na posadzce. Cegły, galerie, eklektyczne dekoracje, a to wszystko najchętniej w duchu “zrób to sam”.

Moje wyobrażenia przeżyły jednak zderzenie z 12-tonowym autobusem zwanym rzeczywistością. Musieliśmy się błyskawicznie wyprowadzić z wynajętego mieszkania i wszystko zaczęło dziać się tak szybko, że mój jedyny pomysł na urządzanie brzmiał: “Niech to się wreszcie skończy!”.

Obudziłam się po roku, próbując zrozumieć, czemu nadal mam tu tyle niefunkcjonalnych ścian bez charakteru. Wtedy stworzyłam w przedpokoju punkt tymczasowego zrzucania ubrań. Minął kolejny rok i w tempie, którego nie powstydziłby się leniwiec Flash ze Zwierzogrodu dotarłam do kolejnego punktu na liście – metamorfozy ściany w kuchni.

Wejście do kuchni to jeden z większych mankamentów tego mieszkania. Prowadzi do niej długi korytarz na tyle wąski, że nie da się tu nic postawić. Najczęściej stawał się miejscem do “parkowania” wiadra z orzechami włoskimi, butelek po winie po spotkaniach ze znajomymi, bądź innych przedmiotów, które w danej chwili trzeba było gdzieś odłożyć.

Przechodzenie do kuchni było takim naszym spacerem wstydu, potęgowanym poczuciem nudnej i niewykorzystanej przestrzeni. Chciałam odmienić tę ścianę, ale podobnie jak w przypadku przedpokoju, zależało mi, żeby nie miała funkcji jedynie dekoracyjnej.

Szukając pomysłów, uznałam, że podzielę ścianę na dwie strefy. Ta bliżej przedpokoju miała być bardziej dekoracyjną, z kolei ta bliżej kuchni, praktyczną. Ale to nie wszystko. Tym razem postanowiłam być mniej zachowawcza. Z czasem jakoś więcej we mnie kolorów i odwagi w urządzaniu, a mniej przejmowania się jednolitą paletą kolorów. To miała być najbardziej szalona ściana w moim mieszkaniu.

Co więcej, stwierdziłam, że fajnie byłoby móc bezwstydnie mazać, rysować i pisać miłosne wiadomości, tudzież pogróżki niemężowi. Do realizacji pomysłu zaprosiłam markę Magnat, z którą niejednokrotnie tworzyłam piękne rzeczy. To właśnie ona i jej magnetyczna farba tablicowa zostały partnerkami tej metamorfozy.

Farba tablicowo-magnetyczna

Farba tablicowo-magnetyczna ma trochę większe wymagania niż standardowa farba. Potrzebuje co najmniej 3-4 warstw, by dobrze wykorzystać swoje magnetyczne właściwości. Ostatnią warstwę nakłada się w jednym kierunku, a kolei ściana nadaje się do aktywnego użytkowania dopiero po kilku dniach.

Mogą was przerazić lekkie smugi widoczne pod światło, które nie znikają nawet po kilku nałożonych warstwach, ale to normalne. Na szczęście dowiedziałam się o tym od Was, pokazując kulisy metamorfozy na Stories. Po pierwszym rysowaniu i ścieraniu wszystko zniknie. Dla mnie to nie problem, bo decydując się na taką, a nie inną ścianę, liczę się z tym, że nie będzie to jedna z tych zawsze idealnych, ale uczulam, jeśli chcielibyście używać jedynie magnetycznych właściwości.

Nie spodziewałam się, że bazgranie po ścianach to w tym wieku nadal taka świetna zabawa. Szukając porad, zorientowałam się, że istnieją specjalne kredowe flamastry. Zgadnijcie, co od tamtej pory mam na liście zakupów.

Przy okazji znalazłam też świetną radę na temat malowania kredą. Do korygowania drobnych mankamentów świetnie sprawdzają się zmoczone patyczki higieniczne. Przetestowałam i rzeczywiście, rysowanie z nimi staje się dużo mniej frustrujące.

Efekty

W prawej części ściany pojawiły się haczyki i półki. Ta mała wnęka utworzona w ścianie ma tylko 12cm, więc nie mogłam poszaleć w głębokością, ale znalazłam coś, co fajnie się wpasowało. Na półkach pojawiły się: kawa, herbata, drobne dekoracje i książki kucharskie.

Liczę, że w końcu zacznę korzystać z tych ostatnich, bo dotąd ich rola sprowadzała się do zbierania kurzu na regale. Zawsze było mi łatwiej wklepać kilka słów do telefonu i mieć przed oczami przepis, niż szukać książek.

W środku wiszą ramki-magnesy. Jeszcze nie znalazłam dla nich dobrego wypełnienia. Często notuję przepisy właśnie na takich małych kartkach z bloczku, może to będzie dobry pomysł. Albo zmotywuję się, żeby w końcu wywołać zdjęcia.

Najbardziej podoba mi się efekt, który ukazuje się wieczorem. Kiedy włączam girlandę świetlną, wszystko nabiera ciepłego, przytulnego charakteru. Aż nie chce się wychodzić z kuchni. Trudno mi uwierzyć, że to ta sama ściana, która do niedawna straszyła chłodem i nudą. Teraz najchętniej zrobiłabym tam jakieś siedzisko. Tylko biorąc pod uwagę przestrzeń, jaką mam do dyspozycji, najbardziej prawdopodobna lokalizacja musiałaby być na suficie.

Przed i po

metamorfoza-kuchnia-sciana

Lewa część ściany stała się fajnym elementem rzucającym się w oczy po wejściu do mieszkania. Od razu widać, czyje to terytorium. Prawa część z kolei jest teraz praktycznym przedłużeniem kuchni. Kiedyś byłam pewna, że wolę, gdy wszystko jest pochowane w szafkach. Teraz wolę, gdy wnętrze mówi coś o właścicielu.

Mam wrażenie, że zdjęcia słabo oddają nowy klimat. Pierwszy raz sprawdzałam się w fotografowaniu tak długiego i wąskiego pomieszczenia. Wierzcie mi – nie było łatwo.

W rysunkach na razie byłam oszczędna. Pojawił się drugi obrazek z kubkiem, dekoracje przy ramkach-magnesach i tabliczka z oznaczeniem strefy kota. Czuję, że wystrój będzie się tu często zmieniał. Moja tablica inspiracji pęka w szwach. Niech tylko dorwę wreszcie te kredowe pisaki. Gdybyście takie spotkali, będę wdzięczna za wiadomość.

A na zakończenie zagadka. Zgadnijcie, gdzie od czasu pojawienia się rysunku najczęściej siada kot. Tak, właśnie tutaj. Nawet, kiedy jeszcze nie było tam misek.

Kiedy publikowałam metamorfozę ściany w przedpokoju, pisałam, że chcę zasiać w Was przekonanie, że zmiany nie zawsze muszą oznaczać gruz, pył i mnóstwo pracy. Tym razem jest podobnie. Wychodzę z założenia, że dobra metamorfoza jest wtedy, kiedy po zakończeniu masz ochotę na więcej, zamiast myśleć: “Nigdy więcej!”. Dajcie znać, jak Wam się podoba!

11
Dodaj komentarz

avatar
  Chcę otrzymywać powiadomienia  
najnowszy najstarszy najwyżej oceniany
Powiadom mnie o
Mader
Gość
Mader

Bardzo mi się podoba efekt. Mój przedpokój tez mało ciekawy, ale nie mam siły na zrywanie raufazy. Zresztą ściany są tak krzywe, że jedynym wyjściem są płyty gipsowe. Na które też nie mam siły ;) Może pomyślę nad ciekawym kolorem?

Karolina
Gość
Karolina

Kredowe mazaki znajdziesz w Empiku online lub w sklepach Papiernik by Empik :-)

Weronika
Gość
Weronika

Albo w Pepco :D

Bodzia
Gość
Bodzia

Świetnie wyszło,a kot….CUDOWNY !

Ameprofonde
Gość
Ameprofonde

Pisaki kredowe dają możliwość precyzyjnego rysowania czy kaligrafowania…ale mają zasadniczą wadę – po ich zmyciu, a właściwe wyszorowaniu ściany, nadal pozostaje ślad, widoczny jakby pod światło. Ja właśnie tak sobie “załatwiłam” ścianę w kuchni 😓 Teraz już tylko używam kolorowej kredy i ją temperuję aby mieć precyzyjniejszą kreskę 😊

Ewa
Gość

REWELACJA!!!!!!!!! Bardzo mi się podobają takie czarne sciany, niestety ja u siebie nie mam na cos takiego miejsca – podziwiam u Ciebie :D

Paulina z simplistic.pl
Gość

Efekt końcowy wyszedł naprawdę świetnie! I mam podobny problem z pustą ścianą w salonie nad telewizorem. Co prawda jest ona koloru butelkowej zieleni, ale brakuje mi na niej jakichś ozdób, które nie byłyby obrazami (te powiesiłam na przeciwległej ścianie). Ciekawa jestem, jak Ty być to rozwiązała. :)